O autorze
Pedagog, doradca zawodowy i trener, od ponad ośmiu lat związana ze szkolnictwem wyższym. Prowadzi zajęcia z aktywizacji zawodowej, komunikacji, negocjacji i zarządzania projektami. Członek zarządu Polskiego Stowarzyszenia Public Relations, ekspert w projektach szkoleniowych dla placówek edukacyjnych z zakresu promocji i budowania wizerunku. Specjalizuje się także w szkoleniach dla rad pedagogicznych m.in z zakresu neurodydaktyki, mnemotechnik, komunikacji, radzenia sobie ze stresem. Jej największą pasją są zajęcia z dziećmi i młodzieżą, którą uczy kreatywności, technik szybkiego czytania i zapamiętywania. W swoich zajęciach łączy wiedzę akademicką z dużą dawką praktyki dopasowując informacje i ćwiczenia do oczekiwań grupy. www.luckymind.pl,www.readytowork.pl

Królowie życia czy stracone pokolenie?

pixabay
Kolejne litery alfabety opisują i szufladkują przedstawicieli młodego pokolenia – X, Y, Z… Przebojowi i mobilni, ale też leniwi i roszczeniowi. Pracodawcy załamują ręce i narzekają że nie ma odpowiednich pracowników – odpowiednio młodych, żeby czegoś ich nauczyć, a jednocześnie odpowiednio startych, aby byli pracowici i odpowiedzialni. Czy faktycznie absolwenci klas maturalnych, studenci i świeżo upieczeni magistranci – to najgorszy „sort” na rynku pracy?

Ach, ta dzisiejsza młodzież..

Pracuję z młodzieżą oraz ze studentami od ponad siedmiu lat. Co roku spotykam kolejne pokolenie – podobno coraz gorsze; niechętne i leniwe. Owszem, widzę duże różnice pomiędzy zachowaniem kolejnych pokoleń w szkole średniej i na studiach, obserwując grupy z którymi pracuję na zajęciach. O wiele większe rozluźnienie, duża samoświadomość, odwaga a czasem wręcz przebojowość – stopień natężenia tych cech jest o wiele większy, niż 15, 20 lat temu. Jednak wykorzystując bardzo znane już hasło, powiedziałabym: sorry, taki mamy klimat…



Droga na skróty

Zachowania i działania młodych ludzi podyktowane są w dużej mierze dynamiką otoczenia – wszystko dzieje się szybciej, bliżej, bardziej intensywnie – i takie też nastawienie prezentują młodzi ludzie. Jest to jednak dopiero początek, pozycja wyjściowa, potencjał który można odpowiednio ukierunkować. Uczniowie oczekują „mocnych wrażeń”? To zorganizujmy zajęcia w postaci aukcji. Studenci chcą konkretów? To nie zanudzajmy teorią z podręczników tylko przedstawmy prawdziwe przypadki, nierzadko bulwersujące i zaskakujące. Jeśli nauczyciele, wychowawcy i pracodawcy nie wyjdą naprzeciw tym oczekiwaniom, pójdą drogą na skróty gdzie czeka tylko nuda i rozczarowanie.
Oczywiście – tutaj pewnie pojawią się głosy zawodowych nauczycieli – że wymagania, że reforma itd. Widziałam jednak nie raz i nie dwa – nauczycieli, którzy potrafili zbudować most pomiędzy tym co ciekawe i inspirujące, a tym co wymagane, a niekoniecznie interesujące.

Niespełnione marzenia, zrealizowane plany

Ciężkie czasy, brak pracy i perspektyw – bardzo często słyszę te słowa z ust młodzieży, ale też z ust ich rodziców. Czy mogę głośnio się z nimi nie zgodzić? Po wielu latach pracy dydaktycznej, tysiącach godzin spędzonych na rozmowach doradczych potrafię z dużym stopniem prawdopodobieństwa odróżnić prawdziwych ludzi „czynu” od samopalnych entuzjastów. Nie widzę w tym pokoleniu jednostek roszczeniowych, leniwych i zniechęconych – widzę tylko źle pokierowanych. Dużą rolę odgrywają ludzie którzy znajdują się obok – nie jest to rodzic, nie jest to nauczyciel.. niekiedy – nie jest to rówieśnik.
Często postawa odbierana przez otoczenie jako leniwa i buńczuczna, jest tylko wypadkową poszukiwań, lub co gorsza, miotania się bez celu i wizji, bez pomysłu na siebie. W opozycji do tego pojawia się duża grupa młodzieży bardzo aktywna, wesoła i kolorowa – różnią się tylko tym, że dostrzegli dla siebie szansę, lub mieli odpowiednio dużo siły i motywacji by ją zauważyć i pójść w odpowiednim kierunku.


Punkt widzenia w skali mikro

Czy osoby zdolne, inteligentne i ambitne to tylko wyjątki potwierdzające regułę? Wiele razy słyszałam takie podsumowanie z ust nauczycieli; nie ma już „zdolnych roczników”, są tylko „zdolne jednostki”. Nawet, jeśli w pewnym sensie tak jest – co oczywiście stanowi normalne zjawisko zmian kulturowych i postępu technologicznego, „posucha” na ambitną młodzież to samospełniająca się przepowiednia. Z tłumu wyławiane są pojedyncze osobniki, doceniane i ustawiane na piedestał. Reszta, w porównaniu do nich jest słaba, bezbarwna i zbita w jedną masę. Znam mnóstwo przypadków, które przeczą temu zjawisku. Z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że liczba „małych ambitnych” jest wprost proporcjonalna do zapału i zaangażowania otoczenia – rodziców, nauczycieli, mentorów. Przyglądając się z bliska procesom nauczania i angażowania młodzieży, mogę zdiagnozować jeden z czynników przyczyniający się do rozwoju – wskazanie szans.
Ciekawe badanie które obrazuje ten proces odbyło się w San Francisco w latach 60-tych. Robert Rosenthal oraz Leonore Jacobson przeprowadzili wstępne testy inteligencji wśród uczniów którzy rozpoczynali naukę w szkole. Po zakończeniu testów badacze wskazali nauczycielom grupę tych uczniów, którzy uzyskali największą liczbę punktów, co zasugerowało, że właśnie oni powinni osiągnąć wybitne osiągnięcia w nauce. Po roku powtórzono testy, które potwierdziły te przypuszczenia: uczniowie z grupy „geniuszy”, w porównaniu z pozostałymi uczniami, w największym stopniu poprawili wyniki swoich testów na IQ.

Jednak Istotą tego eksperymentu było to, że naukowcy świadomie wprowadzili nauczycieli w błąd, ponieważ po zakończeniu pierwszej serii testów wskazali nauczycielom przypadkowo wybranych uczniów, zarówno tych, którzy uzyskali wysokie jak i zupełnie przeciętne wyniki. Zgodnie z przypuszczeniami Rosenthala nauczyciele zaczęli poświęcać tym uczniów więcej czasu i uwagi, ci z kolei, czując zainteresowanie - nie chcieli zawieść oczekiwań nauczycieli, i poświęcali więcej czasu na naukę – co oczywiście przyniosło widoczne efekty.

Efekt ten został opisany przez autorów eksperymentu w książce „Pygmalion In The Classroom Teacher Expectation and Pupils' Intellectual Developmen” (Robert Rosenthal i Lenore Jacobson, 1968).


Kult magistra

Powiedzmy sobie szczerze: czy tytuł magistra gwarantuje dzisiaj pracę? Jeśli nie – to co ją gwarantuję (lub zwiększa szanse jej otrzymania)? Ciekawa jestem Waszych odpowiedzi:) Moi dziadkowie powiedzieliby – fach w ręku. Ja dzisiaj mówię – przede wszystkim pomysł. Niestety – wyższe wykształcenie nie jest już dzisiaj ucementowaniem wiedzy i umiejętności, zbiorem kwalifikacji, z którymi można zaistnieć na rynku. Nasi samozwańczy królowie – najczęściej od tego zaczynają, ale jeśli nie mają pomysłu i jasnej drogi – mgr przed nazwiskiem stawia ich tylko w długiej kolejce po dobrą pracę.
Dobrą, czyli jaką? Przeprowadziłam w ubiegłym roku badania fokusowe wśród uczniów klas ponadgimnazjalnych – właśnie zadając takie pytanie. I jakie były odpowiedzi? Dobrze płatna, odpowiednia do kwalifikacji, ciekawa, ambitna.. można by długo wymieniać. Jednak dopóki nie zmieni się przekonanie że to nie same studia są furtką, lecz pomysł jak wykorzystać przebytą drogę – dopóty wyobrażenia o dobrej pracy spełnią nieliczni.
Trwa ładowanie komentarzy...