Grupa naTemat

Śniadanie z trupem

Dziecko w sieci
Dziecko w sieci Pixabay
W równym stopniu przejmujemy się smutnym pieskiem w klatce jak zdjęciem dziewczynki zamordowanej siekierą. Oburzenie zalewem brutalnych zdjęć sprowadza się do krótkiej pogawędki z sąsiadką na klace schodowej lub nadmiernie wyeksponowaną wymianą poglądów w pseudointelektualnym towarzystwie w znanej hipsterskiej knajpce.

Kawa pachnie zbrodnią


Taki przeciętny Kowalski przegląda sobie poranne wiadomości w sieci lub — często pchany poczuciem społecznej zazdrości – przeszukuje Facebooka w poszukiwaniu i rozpamiętywaniu sukcesów znajomych. Podziwia zdjęcia słodkich bobasów, uroczych piesków, a tutaj nagle – pojawia się zdjęcie nieboszczyka.
Kilka tygodni temu lokalna gazeta opublikowała zdjęcie twarzy mężczyzny, który popełnił samobójstwo. Niestety przy denacie nie znaleziono dokumentów – zatem miejscowa policja i media lokalne wpadły na pomysł opublikowania zdjęcia twarzy mężczyzny. Internety zawrzały…

Świadomy wybór?

Oczywiście mnóstwo osób stanęło w obronie tego zjawiska – popularyzacji śmieci, przemocy czy wulgaryzmu. Bo że to przecież nasz wybór – możemy nie przeglądać Internetu, nie posiadać konta w mediach społecznościowych – a tym samym odcinamy się od fali informacji o ludzkich nieszczęściach. Że w telewizji też emitowane są reportaże wojenne, pokazywana śmierć i dramat ludzkiego istnienia. Że oglądamy filmy, na których czaszki pękają jak dojrzałe śliwki spadające z drzewa.
Tak – ale jest to nasz świadomy wybór. Oglądamy wiadomości, bo chcemy, jesteśmy widzami wtedy, kiedy chcemy. Czy w takim przypadku musimy być przygotowani, że w każdej chwili, w każdym momencie, otwierając lodówkę – pojawi się zdjęcie zakrwawionej głowy lub płaczącej matki, która straciła syna?

Dasz palec…

W pewnym momencie potęga Internetu i mediów społecznościowych zaczęła być wykorzystywana w szczytnych celach. Zamieszczano zdjęcia zaginionych osób, skradzionych samochodów... z intencją – „ludzie, pomóżcie!” Czy jednak ta eskalacja nieszczęść w tak powszechnych i łatwo dostępnym kanale komunikacji jest uzasadniona i zdrowa? Chciałoby się rzec – każdy ma swój rozum i zna granice... ale obserwując posty w postaci nekrologów a pod nimi kilkadziesiąt „lajków” przestaję wierzyć w te granice.

Sprytny Kazio

Zastanówmy się jeszcze nad jedną sytuacją. Szerokim gronem odbiorców tego typu komunikatów są dzieci. Nie, nie mówię o młodzieży, która zgodnie z regulaminem może posiadać konto na Facebooku po ukończeniu 13 roku życia. Mówię o dzieciach w wieku 10 – 12 lat, które dzięki odrobinie sprytu i nieuwagi rodziców bardzo łatwo uzyskując dostęp do wirtualnej rzeczywistości. A tam, pomiędzy jednym a drugim postem o śmiesznych pieskach, selfie koleżanek z klasy, stają się mimowolnymi odbiorcami plag i nieszczęść tego świata.

Społecznościowy śmietnik

Media społecznościowe stały się istnym kalejdoskopem bodźców. Świadomie je odbieramy, logując się codziennie podczas spożywania śniadania, rozpoczynając kolejny dzień pracy w biurze, czy ukradkiem spoglądając na ekran smartfona ukrytego pod szkolną ławką. Wiemy, że czeka na nas istny ocean informacji. Zaręczyny sąsiadki, zaginiony pies, zamach terrorystyczny... zastanówmy się, w jaki sposób reaguje nasz mózg. W pewnym momencie selekcja tych wiadomości staje się taśmowa. Pamiętajmy jednak, że coraz grubszy pancerz powoduje, że podobne zjawiska spotkane „na żywo” nie powodują już prawdziwie dogłębnej reakcji.
ZOBACZ TAKŻE:
Skomentuj